Spotkania rodzinne w mieszkaniu babci – rozmowa z Magdą Broską
Jacek Kost
Magda Broska dała się poznać szerszej publiczności niezwykle spójnymi wytworami swojej działalności artystycznej. Zeszłoroczne prace – „Czerwona ławka”, „Po czym chodzimy, na czym stoimy”, czy tegoroczny „Zepter garnek”, dyskutowane były głównie z powodu silnego zakotwiczenia w codzienności. Prezentowana ostatnio, na wystawie poruszającej problem zwierząt w sztuce, realizacja „Niedzielne popołudnie”, doskonale wpisuje się w poszukiwania artystki skupiające się wokół kwestii, wydawałoby się, banalnych, jednak za sprawą zabiegów Broskiej, nabierających poważniejszych sensów. Codzienność nie jest jedynie szarym czasem przepędzanym w pudełkach mieszkań z wielkiej płyty. Żywot przeciętnego Kowalskiego, przedmioty go otaczające i dane mu zmartwienia, zyskują doniosłe znaczenie artefaktów, w które zaklęte zostało tchnienie idei koncepcyjnej.
Jacek Kost: Pokazanie kilku kotletów, jako opowieści o zwierzętach, jest dosyć ryzykowanym działaniem. Zwierzę przestaje być żywym stworzeniem, staje się produktem.
Magda Broska: Celem „Niedzielnego popołudnia”, nie jest uprzedmiotawianie zwierząt, bo nie realna rzecz ma uzyskać status dzieła. Sztuka ta manifestowana jest poprzez proces. Przez całe dzieciństwo tkwiłam w tradycjonalnym schemacie niedzielnego spotkania rodzinnego w mieszkaniu mojej babci na opolskim Zaodrzu, co tydzień widziałam te same osoby, przy tym samym stole, jedząc te same potrawy. Myślę, że w Polsce podobne doświadczenie ma charakter ogólnospołeczny. Postanowiłam ten fakt w sposób krytyczny zaadaptować dla sztuki. Akcja polegała na ponownym zorganizowaniu podobnego niedzielnego obiadu. Przy pomocy babci usmażyłyśmy kotlety, których kształt układa się w formę animalistyczną, w zależności od wykorzystanego gatunku mięsa. Jedynym odstępstwem od reguły niedzielnego spotkania było niezjedzenie dania. Kotlety zostały zalane żywicą epoksydową i stały się przedmiotowym zapisem akcji. To nie mięso jest dziełem, dziełem jest zdarzenie.
KM: Mówisz teraz o doświadczeniach ludzi, a gdzie w tym wszystkim jest zwierze? Twoja praca dotyczy przecież fauny otaczającej człowieka.
MB: Interesuje mnie społeczeństwo naszej doby, szczególnie wnikliwie przyglądam się, ogromnej w tym kraju, grupie mieszkającej i wywodzącej się z postkomunistycznych blokowisk. Dlatego mówię o zwierzętach przez pryzmat socjologiczny. Wybierając taki temat, zbyt oczywistym jest dla mnie pokazywanie psa, czy kota w M3 na kolanach wujka. Zwracam uwagę na znaczenie zwierząt w bardziej zawoalowany sposób, jednak równocześnie radykalnie wprost – w postaci fizycznego tworu. Kotlet w kształcie krowy jest jak czarny znak na białej kartce. Posługuję się w tym wypadku klasycznym myśleniem plastycznym. Nie odrzucam języka wizualnego w swojej twórczości, choć przyznaję, że warstwa krytyczna jest dla mnie istotą.
KM: Znając Twój styl życia nasuwa się pytanie, jak weganka może tworzyć takie rzeczy?
MB: Jest to dla mnie próba zmierzenia się z przeszłością, której nie zaprzeczam. Dawniej jadłam mięso, ale tłumaczę to złym stanem świadomości w polskim społeczeństwie. Rodzice, a lepiej nawet, odpowiednie organizacje nonprofitowe powinny zajmować się promocją wegetarianizmu wśród najmłodszych. W momencie oglądania mojej pracy, widz spogląda na fotografie zwierząt w ich środowisku – na łące, w zagrodzie itd., niżej widzi kawałek mięsa w panierce. Ten kontrast jest wystarczająco silny, żeby ukazać mój osobisty stosunek do problemu. Kozyra w swojej pracy podobnie wykorzystała zwierzęta, sprawa była dyskutowana szeroko. Dlatego myślę, że sam akt anektowania śmierci zwierzęcia w dziedzinę sztuki nie potrzebuje większego roztrząsania. ●
JK, marzec 2010